Skip to content

słodko-gorzkie zimowe popołudnie.

1 grudnia 2010

Śnieży. Pielęgnując mój wizerunek zgryźliwej marudy muszę powiedzieć, że tego nie lubię. Pomijając fakt, że jest zimno i krew zatrzymuje się w kapilarach nosa i palców nadając im kolor intensywnego różu, to autobusy nie przyjeżdżają na czas. Albo wcale nie przyjeżdżają. I to jest główny powód moich zatargów z zimą. Jak słyszę,  że ma miejsce „atak zimy” to wyłączam telewizor/radio. Czy tylko mnie to tak drażni? Zima sama w sobie jest przecież zimna i zła, że atakuje śniegiem wiadomo nie od dziś. To sformułowanie jest totalnie bez sensu i jeszcze bardziej niż widok za oknem uprzykrza mi czas picia porannej kawy.

Zima czasem bywa nastrojowa. Ta cisza i spokój, których percepcję potęguje śnieżyca i światło latarni ledwo dostające się do naszych pokoi, oczyszcza doznania płynące z czytanych tekstów. Dzięki temu jeszcze więcej skojarzeń i obrazów może przewijać się przez naszą głowę. Jeszcze więcej iskier wywołują zderzające się myśli, których rozumienie staje się czystą przyjemnością. Bynajmniej nie jest to żaden przymus wynikający z konieczności opanowania materiału na kolejne kolokwium. Tak tak, delektuję się lenistwem. Ale nie jest to takie typowe lenistwo, bo w żadnym wypadku nie jest to czas marnowany.

Tym razem w Księdze śmiechu i zapomnienia Kundera ewidentnie podejmuje próbę rozgrzeszenia siebie (jednocześnie wielu anonimowych jednostek) z politycznej przeszłości. Nie pierwszy raz przedstawia pułapki komunizmu, ale posunął się krok dalej. System jawi się jako wyzwolenie człowieka, wyzwolenie pozorne bo na poziomie przeżycia (wyzwolenie – niezbędna konieczność, niezbędne minimum; czyli cała obłuda, krzywda i kłamstwo są po prostu częścią człowieka). Przeżycia.. Życie istnieje poza okręgiem kompanów. A do życia zdolni są tylko niektórzy, bo to wymaga przecież odwagi. Odwaga polega na decydowaniu za siebie. Wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Wtedy nie można powiedzieć, że ktoś zrobił coś za nas – zmusił, nakłonił czy kazał.

Można być jednocześnie odważnym i tchórzyć? Chyba nie. Obiektywnie autor więc był tchórzem (prowadził normalne życie kryjąc swoją tożsamość, pracował żeby przeżyć i nie narażał się władzy. Można to tłumaczyć poczuciem tożsamości narodowej? Był tak związany z Czechami, że podszywając się pod naukowca pisał artykuły o astrologii?). Wystraszył się kiedy stanął z władzą niemal twarzą w twarz wieszając życie przyjaciół i paru niewinnych ludzi na włosie. Wtedy podjął ważną decyzję. Pozostanie w kraju było niemożliwe (czy była to więc w ogóle decyzja?), więc wyjechał. Wyjechał szczędząc konsekwencji sobie i ludziom z nim związanych. Początkowo jedyną reakcją obronną na reżim było szydzenie po cichu, a potem trochę głośniej, bo poprzez prozę wydawaną na emigracji.

Tego jednak nie sposób ocenić z perspektywy czasu. W takich kwestiach chyba nie istnieje coś takiego jak rozgrzeszenie w ludzkich pamięciach. Ci, którzy nie przeżyli podobnych konfrontacji nie mają podstaw by oceniać.

Poza wątkami czysto autobiograficznymi książka aż kipi życiem, które znamy. A raczej wydaje się nam, że znamy. Znów pełnym uroku sposobem Kundera próbuje nam powiedzieć, co jest prawdziwe i w co warto wierzyć. Pięknie mówi o granicach, litosti, o sile naszych wyobrażeń i o zgrzytach między ludźmi, które są intensywnym (jedynym?) smakiem relacji jednocześnie pokazując nasze upośledzenie. Upośledzenie myślenia, bo o tym często zapominamy mając na uwadze wciąż i wciąż ułomność ciała.

Niepokojąca tym razem jest obfitość swego rodzaju nieokiełznanej erotyki, o której na co dzień się głośno nie rozmawia. Kundera nie raz obnażał przed czytelnikami zwierzęcość dotyczącą nas jako ogółu. Tym razem obecne były orgie, mechanizm zamiast rytuału, ciała ze złotymi zębami, ciała stare, młode, ciała dzieci. Konkluzje na szczęście całkiem na miejscu. Kolejne naśladowania nie mają wartości, a naszym zadaniem jest tę wartość nadawać i dostrzegać ją w całości, odczuwać, przetwarzać i cieszyć się nią.

Chyba powinnam już skończyć. Cholera, główne wątki – śmiech i zapomnienie – pominęłam. Jak to się mogło stać? Potrzeba mi burzliwego spokoju. Mam własną jego wizję, gdzie wymowna cisza wywołuje sztorm w szklance grzanego wina, a zapach cynamonu i goździków podnosi tętno wyostrzając do granic zmysły.

 

 

Advertisements

From → książki

One Comment
  1. Olaa permalink

    Kocham te Twoje ‚marudzenie’. ❤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: