Skip to content

szerzej znana tajemnica

3 września 2010

Zdradzę wam tajemnicę. W sumie zna ją wielu, a ja zaczęłam myśleć o niej dopiero niedawno. Nie warto martwić się wielkimi rzeczami mając wiele mniejszych w tym bliższym świecie do zrozumienia i uporządkowania. Jeśli się już zacznie to bałagan robi się jeszcze większy, aż w końcu będzie nie do ogarnięcia i będą nazywać cię wariatem.

Od kilku dni namiastka jesieni, której tak nie lubię. Moja głowa szczególnie, bo często boli. A dziś trochę słońca i od razu lepiej. Zanim upiłam pierwszy łyk kawy włożyłam do piekarnika ciasto i chociaż nie wyrosło tak jak chciałam to jestem zadowolona, bo do kremu mogłam użyć niebieskiego mleka w proszku zamiast odtłuszczonego granulowanego. A to oznacza, że jest dobre (zawsze jest dobre. Powiedzmy, że jest lepsze niż ostatnio). Nie potrafię przestać się lenić. Egzaminy lada chwila, a ja najchętniej przespałabym życie. Gdyby mi się chciało tak jak mi się nie chce, to wyrabiałabym z 500% normy. Wymyślanie jest lepsze od biologii komórki, zapewniam.

‚Niewielka to była kuchnia zatopiona w półmroku sierpniowego wieczoru. Od czasu do czasu w ceramicznym dzbanku odbijały się światła przejeżdżających samochodów. Melancholijny stukot obcasów dystyngowanych pań rozlegał się wzdłuż pasma straganów z kolorowymi markizami. Próbowały jeszcze dostać świeże brokuły żeby złagodzić napiętą atmosferę w domach jako taką kolacją. Czerwona szminka i brokuły pod beszamelem jako cienki pomost zachowujący iluzję dwuosobowej rodziny.

Światło. Wbiegłszy niemal do kuchni rzuciła siatki, przez które przebijała soczysta barwa pomidorów. Wróciła się, zamknęła drzwi przekręcając dwukrotnie zamek i odwiesiła klucze. Trochę złudne określenie tego co odwiesiła, bowiem na pierwszy rzut oka wyglądało to jak kłębek wełny. W rzeczywistości był to pęk drobnych, włóczkowych kwiatów ze środkami z pereł, między którymi kryły się tytułowe klucze. Okręcając się w kółko jak baletnica, usiadła na sofie i jednym ruchem dłoni rzuciła czar na radio, które zaczęło pomrukiwać jazzem. Tak naprawdę usiadła na pilocie i pośladkiem włączyła muzykę. Grunt, że udało jej się w porę złapać kubek z resztką porannej kawy, który strąciła z impetem rzucając się na kanapę. Wyglądało to trochę jak ruch szpadzisty.

Domowe pielesze podziałały uspokajająco, toteż zastąpiła bluzkę w afrykańskie bongosy i ołówkową spódnicę sfilcowaną koszulą w kolorze wściekłego różu. Pasowała ona co prawda bardzo do brudno różowych szpilek, które pozostały na zmęczonych stopach. Jednak podobały jej się one o wiele bardziej kiedy stały wyeksponowane na środku pokoju. Wtedy mogła podziwiać je z dystansu większego niż metr sześćdziesiąt osiem, bo na taką właśnie wysokość udało jej się wyrosnąć przez te dwadzieścia parę lat. Zawsze powtarza w żartach, że wcale nie jest knypem i to nie jej wina, że kiedy była mała świat nie znał  takiego cuda jakim są Danonki. Tym samym los odebrał jej szanse zostania światowej sławy modelką. Jedynymi śladami po przepracowanym dniu zostały włosy upięte w kok i kreski na powiekach zrobione rano w pośpiechu supertrwałym eyelinerem.

Krótka chwila kanapowego relaksu została obrócona wniwecz głośnym przypomnieniem nigdy niezapominającego telefonu. Na ekranie migający napis: Emilka i Maks, piątek 21:30 i zabrzęczała melodyjka z atomówek. – Bosko, mam półtorej godziny na zrobienie kolacji i doprowadzenie się do stanu używalności – powiedziała do siebie ironicznie odgarniając z twarzy rudawe kosmyki.

Nie dając sobie już czasu na cieszenie się słodyczą lenistwa dwoma susami przemieściła się do kuchni. Nalała sobie lampkę wina, uchyliła okno i zabrała się za cebulę. Pokrojenie dwóch dużych cebul w piórka nie dało rady tuszowi do kresek mimo, że to zawsze kończy się łzami. Na nic zapałki w ustach i chwilowe nie używanie nosa. To był chyba zakup miesiąca, w dodatku taki wygodny bo we flamastrze.

Kiedy zrobiło się trochę gorąco i aromat razem z parą zaczął krążyć po mieszkaniu przyszedł czas na czosnek. Nie mogła chwycić kieliszka, bo dłonie miała lepkie z bakteriobójczego soku. Wiecie, że pieczony czosnek oblany czekoladą to sycylijski afrodyzjak? Wyczytała to kiedyś na jakimś kulinarnym forum i przypomina jej się to za każdym razem kiedy używa wyciskarki, aż tak wydało jej się to niedorzeczne. Jeszcze łyk wina, śmietana i mikser. A zioła? Spojrzała na parapet zarośnięty wręcz przyprawami. Akurat zadzwonił telefon. Sięgnęła odruchowo po słuchawkę, która znajdowała się tuż obok przy zlewie (już nie raz w nim lądowała a nadal działa, co też jest trochę dziwne) – Siedź spokojnie, bo cię zaraz opierdolę na łyso! – krzyknęła w słuchawkę niezbyt powitalnym tonem bo w tym momencie z ręki wyślizgnęła  jej się doniczka – Dobry wieczór – odpowiedział niski męski głos, a właścicielowi nie udało się ukryć zaskoczenia – Przepraszam, mam problem z bazylią. O co chodzi? – powiedziała łagodniej jedną ręką obrywając liście z biednej rośliny. – Rozmawia pani z bazylią? W takim razie tak, to raczej poważny problem. Moje nazwisko Jesionowicz. Marceli Jesionowicz.. Pamiętasz mnie jeszcze? – pytanie to już w ogóle nie brzmiało oficjalnie, a na twarzy nieudolnej kucharki pojawił grymas. Mógł on wyrażać niezadowolenie z tego, że zamiast do śmietany liście bazylii wrzuciła do duszących się pomidorów, co oznaczało konieczność rozpoczęcia akcji ratunkowej. W rzeczywistości grymas był reakcją na wewnętrzne ukłucie, jakie poczuła po usłyszeniu imienia Marceli. Powiedziała jednym tchem – Muszę jeszcze dokończyć sos, ugotować makaron i wziąć prysznic, a zostało mi na to bardzo mało czasu. W zasadzie kilkanaście minut. Pan wybaczy, że się rozłączę.’

Reklamy

From → od siebie

3 Komentarze
  1. Mam ochotę na mleko w proszku. Mam ochotę na sos pomidorowy pachnący bazylią. I mam sentyment do tego imienia.

  2. pingwinek permalink

    zjadłabym teraz to ciasto, słodziusiego milkiłeczusia, a nawet dwa kawałki jeden po drugim! jeśli tylko byś mi je zrobiła znów i przyniosła pod nosek. JESTEM GŁODNA 😀 spragniona Twojego towarzystwa i chce mi się wyć 😦 na prawdę czuję się zrozpaczona, i chyba mam depresisko i właśnie przypomniała mi się wyrzucona przez moją (Bartka?) głupotę spineczunia.

    btw, napisz książkę,

    ;*

  3. pingwinek permalink

    kurwa, co to za zjebane mineczusie mi się porobiły, choleraaaaa : /

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: