Skip to content

ceremonia zasypiania

22 kwietnia 2010

Matka z córką siedziały obok siebie w autobusie. Nie ma co, dziewczyna wdała się w matkę. Lekko poczochrane włosy i dość specyficzne rysy twarzy. W pewnym momencie dziewczyna wyciąga z reklamówki jabłko. Zaczyna je jeść. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że po chwili włożyła sobie do ust to co zostało w całości (ogryzkiem bym tego z całą pewnością nie nazwała… było to powiedzmy porządnie niedojedzone jabłko), przegryzła ze trzy razy i połknęła. Nie dziwi mnie to, że ona zjadła „pestki”, ogonek, ani nawet żylastą zalążnię. Wiele osób zjada ogryzki. Rzecz w tym, że w autobusie była masa ludzi (jak to zwykle bywa w „przyspieszonej” linii do Katowic), wielu z nich patrzyło na nią, a ona bez skrępowania zapchała sobie jamę ustną i mieliła. I nawet nie zakaszlała! Cała czynność została powtórzona z kolejnym jabłkiem.

Zastanawiam się co sprawia, że jestem tak zmęczona kiedy wracam do domu – wczesne wstawanie, czy też liczne indywidua jeżdżące razem ze mną do Katowic.

To tak tytułem wstępu. A teraz właściwa „ceremonia zasypiania”:

– Usypia mnie deszcz. Stuka natarczywie w parapet. Przegania go  groźny wiatr. Wiatr zabłąkany między ciemnymi ulicami ucieka od samotnych ścian, samotnych ciał. Szuka wygodnego miejsca, żeby położyć się spać. Takiego jak moje. Leżę teraz w ciepłym łóżku z dala od złych ludzi i ich zatrutych intencji. Bezkres wyobrażeń woła mnie w podróż rysowaną pragnieniami.

Czas mija powoli, a ona przewraca się z boku na bok szukając pozycji, która pozwoli jej zasnąć. Tak bardzo lubi spać. Tylko z zasypianiem czasem ma kłopot. Wtedy wszędzie jest nieznośnie cicho i człowiek nadzwyczaj głośno słyszy swoje własne myśli. Potężny budzik, stylizowany na stary, z dużymi uszami niczym niedźwiedź łypie na nią  z szafki nocnej. Najbardziej nie lubi go rano, kiedy rykiem dzikiego zwierza zmusza ją do przerwania snu i uciekania z sypialni.

– Napiłabym się wody. Wódki. Podobno nieźle działa na sen. Ponoć po niej śpi się mocno i długo.

Siada na łóżku, jakby się nad czymś zastanawiała. Po chwili zapala lampkę i idzie w kierunku barku. Taka piękna, młoda. Jakby nieobecna. Miedziane włosy jeszcze nie rozprostowały się całkowicie po porannych zabiegach lokówką i opadają swobodnie na nagie ramiona. Uchyla drzwiczki i wodzi wzrokiem po butelkach ustawionych rzędem. Sięga po gin i szklankę. W lodówce zostało jeszcze trochę toniku. Chlup! Porządna porcja ginu wędruje ze szklanki wprost do jej ust. Rozsiadła się w fotelu, pod bosymi stopami czuje miły w dotyku dywanik, który dostała kiedyś od matki jako pamiątkę z podróży. Chlup! Mogła jej przywieźć cokolwiek! Apaszkę, butelkę dobrego tamtejszego alkoholu, jakiś regionalny przysmak – nie! Ona musiała przywieźć ten cholerny dywan (chlup!), który w całym swoim bogactwie barw z tonacji morskich błękitów nijak ma się do fioletowych ścian jej sypialni. Chlup! Chlup! Ale jest miły dla stóp. Kilka kropli ginu polało się strużkiem z kącików. Jak jakaś rusałka, tancerka nocnych traw, tratw i szemrzących łąk, niepewnym krokiem podeszła do okna i otwarła je na oścież. Rozwarła ramiona chwytając ram, wzięła kilka głębokich oddechów i spojrzała księżycowi w oczy. Mieli na sobie podobny strój – on przebrany za perłę, ona w kawałku białej satyny. Opadła na łóżko zanosząc się śmiechem.

– A skrada się już Sen, słyszę jak stuka ostrogą. Pewnie chce się ze mną napić.. Ale ja nie mam niestety dwóch kieliszków. Ba! Ja wcale nie mam kieliszków, a już dawno zeszłam z szyjki. Przyznam ordynarnie – walę z gwinta, a co! Jestem we własnym łóżku. Prawie jak na łące – tarzam się w kwiatowej pościeli. Tylko motyli brak. Do diabła z motylami! Tak też jest dobrze. Zapalę sobie. Widziałby kto, żeby palić w łóżku? Ha, nikt mi tego nie zabroni! Z jednego banalnego, prostego, prościutkiego powodu: nikogo obok mnie nie ma.

Sięga do torebki leżącej na wiklinowym fotelu przy łóżku. Szpera w niej chwilę. Jej znieczulona dłoń ledwo poznaje po kształtach: notes – nie, szminka – nie, kosmetyczka po babci  ze zdobionym zapięciem – tak! Wyciąga ją i kładzie sobie na kolanach. Chwilę mocuje się z dwoma metalowymi kulkami, po czym wyciąga paczkę cienkich papierosów i zapalniczkę. Z tą zapalniczką to dość ciekawa historia, ale może nie na dzisiaj. Dziś już jest późno.

– Nie ma tu żadnego śpiącego męskiego ciała. Otóż żaden mężczyzna nie obudzi się i nie spyta: palisz w sypialni? oszalałaś? A zamykając na powrót oczy, zanim odpłynie nie doda: miałaś w ogóle nie palić.

Advertisements

From → od siebie

5 komentarzy
  1. pingwinek permalink

    :O, mnie już nic nie zdziwi, nawet zjedzenie kiwi ze skórką…

  2. Patrz no, nie miałem pojęcia, że ta enigmatyczna część jabłka nazywa się
    „zalążnia”. Dejm, człowiek to się jednak uczy całe życie.
    To tak ogólnie, żeby pod żadnym pozorem nie skomentować właściwej części posta ;]

  3. „Chwilę mocuje się z dwoma metalowymi kulkami” – czy tylko mnie się to głupio skojarzyło ??

    „Patrz no, nie miałem pojęcia, że ta enigmatyczna część jabłka nazywa się
    “zalążnia”. Dejm, człowiek to się jednak uczy całe życie.” – także nie wiedziałem 😛

  4. pod żadnym pozorem? a to dlaczego? ;> toż to moja czysta imaginacja! 😀

    a tak, tylko Tobie się głupio skojarzyło ;] nie widziałeś nigdy takiego zapięcia? to aż ci zaprezentuję: http://www.cogdziezaile.pl/produkty/medium/12447.jpg jak widać nie są to kulki analne 😛

    a co do zalążni to ja już niestety nie potrafię tego inaczej nazwać, z wiadomych powodów. 😀

  5. Wrzoska permalink

    Bardzo miło mi się skojarzyło „zejście z szyjki”….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: