Skip to content

samotny

Największym dramatem samotnego człowieka nie jest to, że akurat nie ma koło niego osoby, której mógłby o tym opowiedzieć. Chodzi o to, że na całym świecie nie ma nikogo, kogo by to co ma do powiedzenia obchodziło.

istnienie

Trzy słowa, które krótko opisują nasze tu istnienie:

przypadek, absurd, groteska. Nigdy odwrotnie.

widzę jesień

Widzę drogę ciągnącą się wstęgą  daleko w równinę pól. Mam ochotę nią pójść brodząc po kolana w opadającej mgle. Rumieni się jesień głogami, jabłkami.. Kusi błądzących urokliwą pruderią. Targa wiatr emocjami, idę. Wiatr targa włosami. Spokój mnie ogarnął, choć zimno i mży. Od teraz, uspokojona, nie będę robić nic, żeby się znaleźć w byle jakich ramionach. Emocje zostawię za sobą, będą leżeć odłogiem na polach. Trznadle też, jak ja chcąc zgubić smutek, chowają się w polu. Rzędy topól widać z oddali. Niczym strażnicy, śmiesznie malutcy, pilnują tej uczuciowej fali coby emocje nie czmychnęły we wszystkie strony świata. Zostaną tu one bowiem uśpione do wiosny. Bo wiosną rozhulają się w rytm ptasich pieśni i będą uderzać z impetem w człowiecze piersi. Działając ożywczo będą pożywką dla przepełnionych tęsknotą znów myśli.

świadek nadejścia zmroku

Robiło się szaro, ciężko, mokro. Niemal wprost z zimnej ulicy wpadłam do równie zimnego łóżka. Odpaliłam papierosa. Na podłodze leżała okrągła, płaska popielniczka, a na niej liście i wąsy chmielu, jak żywe. Po chwili zasypałam je popiołem. Było go coraz więcej i więcej. Zmrok nadchodził powoli, cichutko. Znajomym ramieniem mnie objął, przykrył swym płaszczem, żebym tak nie marzła. To już jesień, moje serce bije spokojniej. Pa, pfhhh, dym, mrok.  Nie boję się już zmroku jak wcześniej. Kiedyś za każdym razem po jego przyjściu trawił mnie gniew i tęsknota. Wilgoć parującego jadu przenikała powietrze, podczas gdy z ran sączyła się krew, powoli, powoli. Przez całą noc. Zmrok nie jest już straszny. Ma teraz postać wysokiego pana, którego niezwykle ciepłe ciało pokrywają setki ciemnych włosków. Jego niski głos działa na mnie jak kołysanka, a oddech pachnie whisky.

mężczyzna i praca

– A jak Tobie minął dzień?

– W pracy byłem, więc pracowicie.

pogoda ducha

Pogoda ducha – takim oto frazeologizmem określa się pożądany, w przeciwieństwie do gnuśności i zmierzłości, typ postawy życiowej. Jestem obecnie w stanie, który wymaga automatycznego wypogodzenia, rozchmurzenia, bo inaczej grozi to katastrofą. Dopadł mnie mały kryzys wywołany nagromadzeniem nieuniknionych doświadczeń, co związane jest raczej z (ćwierć)wiekiem, niż wybitną złośliwością życia, choć zwykłam zawsze wszelkie chandry tym raczej tłumaczyć. Otóż nie wiem dlaczego tak trudno mi pogodzić się z tym, że przeżycia, obserwacje, emocje, sytuacje jakie nas spotkały tak bardzo nas zmieniają.. Czuję, że zmieniają, chociaż trudno sprecyzować jak. Coś co sobie wyobrażamy, na co czekamy przychodzi nagle, przemija – i już. Przy okazji dokonuje się korekta wcześniejszej wizji tego czegoś, rozmycie definicji, być może całkowita zmiana poglądu i tym samym ta rzecz, która pewnie zdarzy się znów, traci na mocy. Siła przeżywania słabnie, nic nie jest już takie jak wcześniej, a już na pewno nie takie jak wyobrażaliśmy sobie na samym początku. Ile razy możemy sobie wyobrażać, że coś będzie trwało wiecznie, a potem cierpieć z powodu rozrywanych wnętrzności? Co gorsza, zmieniony stosunek do pewnych rzeczy wpływa na podejmowane przez nas decyzje. Być może będą one mniej roztropne, być może zupełnie błędne. Z pewnością będziemy działać według zmienionych zasad, z innych niż dotychczas przyczyn. Wielki żal i uczucie straty są nieuniknione. Żal, że coś poszło nie tak, że źle zdecydowaliśmy, że czegoś nie zrobiliśmy. Tak naprawdę nie wiem skąd we mnie takie emocje, bo największe marzenie mojego życia spełnia się powoli. Czegoś mi brakuje. Nigdy nie osiągnę stanu pogody ducha, który uznaje rzeczywistość w każdej postaci, przyjmuje ją bez żalu. Do tego wszystkiego od jakiegoś czasu jest przy mnie Kemal, który mając narzeczoną spotyka się potajemnie ze swoją drugą wielką miłością i jest przeszczęśliwy, że u boku do końca życia będzie miał jednocześnie elegancką i mądrą kobietę oraz małoletnią kochankę, bez której nie może wytrzymać ani jednego dnia. Jego emocje są opisane tak prawdziwie, że mimo pozornej antypatii do niego nie mogę po prostu nie czytać. Niektóre emocje znam wręcz doskonale, a ich wnikliwe opisy są jak żyletka na mojej skórze. Ta świadoma udręka powoli, powolutku zasieje we mnie pogodę ducha – pięknie nazwaną pokorę – aż przestanę się przejmować? Czy może raczej ugruntuje pogląd, że uczucia są chwilowe i należy się nimi po prostu cieszyć zanim wyparują?

Nastaje w czerwcu taki dzień

Nastaje w czerwcu taki dzień, w którym ptaki milkną. Miejsca, które jeszcze niedawno były mocno rozśpiewane, gdzie coś nieustannie buszowało w trawach i gdzie często przecinały się trajektorie lotów, teraz są ciche. Przestrzeń próbuje łączyć się ze mną w bólu, ale to wcale mi nie pomaga, pogłębia wręcz cierpienie. Sprawia, że pustka urasta po horyzont i nie mogę wytrzymać kilku minut w tej samotni bo denerwuje mnie bicie własnego serca.  Niebo spada na mnie całym ciężarem i nie mogę złapać oddechu. Łąka wciąga mnie wykami, trudno zrobić krok. Bez treli i świergotów nie czuję się bezpiecznie. W ogóle nie czuję się bezpiecznie. Boję się, że mogę już nigdy więcej nie usłyszeć gwizdu wilgi i szczebiotu szczygła.